Kto decyduje, kiedy można wejść w nowy związek?

O opiniach zamienianych w wyroki, różnym przeżywaniu rozstań i o tym, kto decyduje, kiedy wolno wejść w kolejny związek.

15 MIN CZYTANIA
15 MIN CZYTANIA •
Akop Szostak — zdjęcie do tematu o presji idealnego życia


Wstęp.

„Ile ludzi, tyle opinii” to słowa, które każdy z nas słyszał przynajmniej raz w życiu, ale mam wrażenie, że choć powtarzamy je od pokoleń, nadal nie do końca rozumiemy ich znaczenie. A może nawet nie chodzi o to, że ich nie rozumiemy, tylko o to, że zwyczajnie nie potrafimy zaakceptować, iż drugi człowiek może patrzeć na tę samą rzeczywistość zupełnie inaczej niż my.

Sformułowanie „Quot homines, tot sententiae”, czyli właśnie „ile ludzi, tyle opinii”, pochodzi jeszcze ze starożytności i pojawia się w komedii „Phormio” rzymskiego autora Terencjusza. Zostało zapisane około 161 roku przed naszą erą, więc od tamtej chwili minęło ponad dwa tysiące lat, a my nadal zachowujemy się tak, jakby różnica zdań była czymś, co trzeba zwalczać, zamiast czymś całkowicie naturalnym i wpisanym w ludzką różnorodność.

Żyjemy przecież w czasach, w których komunikowanie się z drugim człowiekiem nigdy nie było łatwiejsze. W kilka sekund możemy porozmawiać z kimś znajdującym się po drugiej stronie świata, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy my i gdzie znajduje się on. Szczególnie komunikacja pisemna, którą dziś najczęściej nazywamy po prostu komentarzem, stała się jednym z podstawowych sposobów wyrażania własnego zdania. Możemy napisać właściwie wszystko, mądrze albo głupio, życzliwie albo chamsko, z troską albo wyłącznie po to, żeby kogoś zranić, a później jednym zdaniem usprawiedliwić całość: „Przecież to tylko moja opinia”.

Tylko że w tym wszystkim bardzo często zapominamy o czymś niezwykle ważnym, ponieważ nasza opinia, nawet wypowiadana z ogromnym przekonaniem i popierana przez tysiące innych osób, nadal nie staje się automatycznie prawdą.

Warto więc zapytać, czym właściwie jest opinia, ponieważ jest ona subiektywnym poglądem, sądem albo przekonaniem dotyczącym jakiegoś tematu, a słowo „subiektywny” pozostaje tutaj zdecydowanie najważniejsze. Oznacza przecież coś wynikającego z osobistego punktu widzenia, naszych uczuć, doświadczeń, przekonań i sposobu interpretowania świata, a nie wyłącznie z twardych, obiektywnych faktów, które pozostają takie same niezależnie od tego, kto na nie patrzy.

I tutaj dochodzimy do miejsca, które według mnie jest szczególnie interesujące, ponieważ tak chętnie wyrażamy swoje opinie, a jednocześnie bardzo rzadko zastanawiamy się nad tym, skąd właściwie się one wzięły. Przecież nasze zdanie nie pojawia się nagle znikąd, tylko jest zlepkiem doświadczeń, wychowania, zdobytych informacji, emocji, przekonań, lęków, uprzedzeń i wszystkiego tego, czego nauczyło nas dotychczasowe życie.

Opinia trochę przypomina mi nasionko, które ktoś kiedyś w nas zasadził, a to, czym później je podlewamy, zdecyduje o tym, co ostatecznie z niego wyrośnie. Wpływa na nas rodzina, sposób wychowania, religia, kultura, miejsce, w którym dorastaliśmy, ludzie, których spotkaliśmy, a także wydarzenia, które zostawiły w nas jakiś ślad. Ta sama sytuacja może zostać zupełnie inaczej odebrana przez osobę wychowaną w kulturze chrześcijańskiej i kogoś wychowanego w kulturze muzułmańskiej. Inaczej może patrzeć na świat człowiek dorastający w wielkiej metropolii, a inaczej ktoś pochodzący z niewielkiej miejscowości. Jeszcze inaczej może interpretować relacje osoba wychowana w domu pełnym przemocy i chaosu niż ktoś, kto od dzieciństwa doświadczał bezpieczeństwa, miłości i stabilności.

Tak wiele czynników składa się na to, w jaki sposób patrzymy na rzeczywistość, że powiedzenie „ile ludzi, tyle opinii” przestaje być jedynie zgrabnym zdaniem ze starożytności, a zaczyna być całkiem trafnym opisem człowieka, który widzi świat nie takim, jaki ten świat po prostu jest, lecz takim, jakim nauczył się go rozumieć.

Nie chcę was tutaj zanudzać wykładem z psychologii, ale sposób, w jaki indywidualnie interpretujemy świat, jest czymś, czym psychologia zajmuje się od dawna. Amerykański psycholog George Kelly stworzył w 1955 roku teorię konstruktów osobistych, według której człowiek nie odbiera rzeczywistości jak kamera rejestrująca wszystko dokładnie takim, jakie jest, tylko interpretuje ją za pomocą własnych schematów, kategorii i znaczeń nadawanych kolejnym doświadczeniom.

Najprościej mówiąc, życie zakłada nam na nos okulary, ale każdy dostaje trochę inne szkła. Jedne mogą być ciemniejsze, inne jaśniejsze, jedne powiększają określone rzeczy, a inne je zniekształcają, dlatego dwie osoby mogą obserwować dokładnie to samo wydarzenie, a później opowiedzieć o nim w zupełnie inny sposób, ponieważ każda zobaczyła je przez własny filtr doświadczeń.

Kelly wykorzystywał również technikę zwaną Repertory Grid, dzięki której badał, w jaki sposób ludzie klasyfikują innych oraz wydarzenia. Pokazywało to, jak bardzo nasze oceny zależą nie tylko od samych cech rzeczywistości, ale również od tego, jakie znaczenie sami im przypisujemy, co uznajemy za ważne i czego nauczyliśmy się wcześniej obawiać albo pożądać.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie, które kiedyś zadałem studentom podczas prowadzonych przeze mnie zajęć: czym właściwie jest etyka i czy naprawdę istnieje jeden uniwersalny system wartości, który wszyscy powinniśmy przyjmować w identyczny sposób? A może nasze rozumienie dobra i zła również zależy od tego, skąd pochodzimy, jak zostaliśmy wychowani i czego doświadczyliśmy, a jeśli dwie osoby mają zupełnie różne systemy wartości, to na jakiej podstawie jedna z nich miałaby uznać własny za bezdyskusyjnie lepszy?

W takich rozmowach bardzo łatwo pojawia się podejście, które można podsumować słynnym zdaniem: „Moja racja jest mojsza, więc jest najmojsza i oczywiście najlepsza”, chociaż samo przekonanie o własnej nieomylności nadal nie sprawia, że naprawdę mamy rację.

Sam fakt, że znajdziemy wokół siebie sto, tysiąc albo nawet milion osób podzielających nasze zdanie, nie zamienia go automatycznie w jedyną słuszną prawdę. Liczba ludzi przekonanych do jakiegoś poglądu może świadczyć o jego popularności, ale popularność i prawda nie zawsze idą ze sobą pod rękę, czego historia dostarczyła nam już wystarczająco wiele bolesnych przykładów.

Możemy oczywiście dyskutować, wymieniać argumenty, próbować przekonywać się nawzajem i poznawać inne punkty widzenia. Nie widzę w tym niczego złego, wręcz przeciwnie, właśnie dzięki takim rozmowom możemy się rozwijać, poszerzać horyzonty i czasami zauważyć coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy, pod warunkiem że zależy nam na zrozumieniu drugiej osoby, a nie wyłącznie na pokonaniu jej w słownej walce.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy rozmowa przestaje służyć poznaniu innej perspektywy, a zaczyna przypominać pojedynek, w którym najważniejsze staje się zwycięstwo, ostatnie słowo i udowodnienie rozmówcy, że jego sposób myślenia zasługuje co najwyżej na publiczne ośmieszenie.

Mam wrażenie, że coraz częściej dyskusję opartą na szacunku zastępuje pasywna agresja ubrana w elegancki płaszczyk „konstruktywnej opinii”. Ktoś nie ma argumentów, nie zna całej sytuacji, czasami nie posiada nawet podstawowej wiedzy dotyczącej tematu, ale mimo wszystko czuje ogromną potrzebę wydania wyroku. Co ciekawe, bardzo często te same osoby próbują występować w roli strażników moralności, kultury i dobrego wychowania, jednocześnie zapominając, że sposób, w jaki same komunikują swoje zdanie, przeczy wszystkim zasadom szacunku, których tak chętnie wymagają od innych.

Próbują więc pilnować dobrego wychowania innych, samemu zapominając o własnym, a później są szczerze zdziwione, kiedy ktoś na ich „życzliwą uwagę” nie odpowiada wdzięcznością i uśmiechem.

Czy nie są to przypadkiem podwójne standardy, w których własną agresję nazywamy szczerością, a każdą próbę postawienia nam granicy uznajemy za przewrażliwienie? Odpowiedź na to pytanie zostawię już wam, chociaż podejrzewam, że większość z nas przynajmniej raz znalazła się po obu stronach podobnej sytuacji.

Wracając jednak do mojego pytania o etykę, jest ona dziedziną filozofii zajmującą się między innymi moralnością, dobrem, złem, powinnością i wartościami, ale konkretne systemy moralne powstają pod wpływem kultury, religii, tradycji, historii oraz sposobu, w jaki ludzie rozumieją świat. To, co w jednej społeczności zostanie uznane za właściwe, w innej może budzić sprzeciw, dlatego nawet nasze rozumienie dobra i zła nie zawsze wygląda identycznie, mimo że tak bardzo chcielibyśmy wierzyć w istnienie jednej prostej instrukcji obsługi człowieka.

Bardzo dobrze pokazuje to przykład kłamstwa, które na pierwszy rzut oka wydaje się czymś łatwym do ocenienia, dopóki nie zaczniemy przyglądać się okolicznościom, intencjom i konsekwencjom wypowiedzianych słów.

Podczas jednej z dyskusji zapytałem studentów, czy kłamstwo jest moralne, a większość niemal natychmiast odpowiedziała, że nie, ponieważ kłamstwo jest złe i nie powinno się kłamać. Wtedy dorzuciłem do rozmowy kłamstwo grzecznościowe i nagle prosta odpowiedź zaczęła się komplikować, ponieważ okazało się, że jedno słowo może opisywać zachowania wynikające z zupełnie różnych intencji.

Kłamstwo grzecznościowe to przecież łagodna nieprawda wypowiadana po to, żeby nie zranić drugiego człowieka, zachować dobre relacje albo uniknąć niepotrzebnego konfliktu. Możemy pochwalić obiad gospodarza, mimo że najchętniej oddalibyśmy go psu pod stołem, albo powiedzieć, że prezent bardzo nam się podoba, chociaż już zastanawiamy się, komu możemy go później oddać, żeby nie kurzył się przez kolejne lata na najwyższej półce szafy.

Zastanówcie się więc, ile razy powiedzieliście babci, że obiad był przepyszny, chociaż w rzeczywistości zjedliście go głównie dlatego, że kochacie babcię bardziej niż własne kubki smakowe.

Zastanówcie się również, ilu mężczyzn, w tym oczywiście ja, powiedziało swojej partnerce, że nowa fryzura wygląda świetnie, ponieważ doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jakie mogą być konsekwencje odpowiedzi bardziej szczerej, ale zdecydowanie mniej rozsądnej.

Za kilka dni skończę trzydzieści osiem lat i przez ten czas nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy, ponieważ większość ludzi mówi, że chce znać prawdę, ale bardzo często tak naprawdę chce usłyszeć taką wersję prawdy, która będzie zgodna z tym, czego sami oczekują i co nie zmusi ich do podważenia własnych przekonań.

Mógłbym ciągnąć ten temat znacznie dłużej, pisać o kulturze, o tym, co uznajemy za dobre i złe, gdzie przebiegają nasze granice oraz dlaczego tak często wymagamy od innych przestrzegania zasad, których sami nie potrafimy przestrzegać. Nie o tym jednak chciałem dzisiaj pisać, dlatego w tym miejscu postawię kropkę i pozostanie mi mieć nadzieję, że ten dość długi wstęp pozwoli wam zrozumieć, do czego naprawdę zmierzam.

Tym, o czym chcę napisać, jest moje życie, a właściwie moje wybory, sposób patrzenia na pewne sprawy oraz to, co coraz częściej próbują mi zarzucać ludzie, którzy znają jedynie niewielki fragment mojej historii, ale wypowiadają się o niej z pewnością godną jej głównego bohatera.

Bardzo źle znoszę niesprawiedliwość, szczególnie taką, która zostaje ubrana w formę pozornie niewinnej opinii, a w rzeczywistości potrafi zranić człowieka i jednocześnie wpłynąć na sposób, w jaki zaczynają postrzegać go inni. Właśnie z tym trudno mi się pogodzić, ponieważ jedno zdanie napisane bez zastanowienia może dla autora komentarza nie znaczyć nic, a dla osoby, której dotyczy, stać się kolejnym ciężarem dołożonym do i tak pełnej walizki.

To jest moje życie, a większości osób, które z ogromną pewnością opowiadają, jakie ono jest i dlaczego podejmuję konkretne decyzje, nigdy w nim nie było. Nie rozmawialiśmy ze sobą, nie siedzieliśmy razem przy jednym stole, nie było ich obok mnie w najtrudniejszych chwilach ani wtedy, kiedy byłem naprawdę szczęśliwy. Nie słyszeli rozmów, które prowadziłem, nie znają powodów podejmowanych przeze mnie decyzji, a mimo to czasami potrafią z ogromnym przekonaniem opowiedzieć mi, kim jestem, czego chcę i dlaczego coś zrobiłem.

Ich wersja mojej historii zaczyna funkcjonować jak prawda, chociaż powstała na podstawie kilku zdjęć, krótkich filmów, komentarzy albo zwykłego domysłu, który z czasem obrósł w kolejne szczegóły i zaczął przypominać opowieść napisaną przez kogoś, kto nigdy nie przeczytał pierwszego rozdziału.

Czy nie przypomina to trochę teorii spiskowych, w których ktoś wypowiada się z pełnym przekonaniem na temat nauki, medycyny albo świata, nie mając doświadczenia, wykształcenia ani dowodów, ale obejrzał kilka filmów w internecie i nagle uważa się za eksperta? Mechanizm jest bardzo podobny, ponieważ brak wiedzy nie przeszkadza w wydawaniu kategorycznych ocen, jeżeli własne przypuszczenie brzmi wystarczająco przekonująco.

Ja bardzo cenię naukę, fakty i argumenty. To, że w wolnym czasie lubię wejść do klatki albo ringu i dać komuś w mordę, nie oznacza przecież, że muszę być bezmyślnym troglodytą, ponieważ po prostu uprawiam taki sport, a po treningu nadal potrafię otworzyć książkę, przeczytać badanie i spróbować zrozumieć coś, co nie mieści się w prostym podziale na dobre albo złe.

Jedną z rzeczy, które szczególnie mnie ostatnio drażnią, są komentarze w rodzaju: „Już ma kolejną”, „Miałam cię za kogoś innego” albo „Jesteś zwykłym kobieciarzem”. Te słowa naprawdę mnie irytują, ponieważ nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, którą sam przeżyłem, za to bardzo wiele mówią o tym, jak łatwo człowiek potrafi dopisać komuś intencje, nie znając nawet podstawowych faktów.

Nie zamierzam dzisiaj odpowiadać na każdy zarzut dotyczący mojego życia, ponieważ ten tekst zamieniłby się w książkę, a jedną już przecież napisałem. Chcę jednak odnieść się do jednego przekonania, które powtarza się wyjątkowo często i najwyraźniej dla wielu osób stało się czymś w rodzaju niepisanego prawa regulującego cudze uczucia.

Chodzi o słynny „czas po rozstaniu”, który podobno każdy człowiek powinien obowiązkowo przeżyć samotnie, żeby odnaleźć siebie, zrozumieć swoje potrzeby, przepracować przeszłość i dopiero wtedy stać się wystarczająco gotowym na kolejny związek. Brzmi to bardzo rozsądnie, dopóki nie zaczniemy pytać, kto właściwie ustalił długość tego okresu i na jakiej podstawie ktoś z zewnątrz miałby ocenić, czy drugi człowiek wykorzystał go prawidłowo.

Czy naprawdę istnieje jeden właściwy czas, po którym człowiek staje się gotowy, a po sześciu miesiącach otrzymuje jakiś psychologiczny certyfikat pozwalający ponownie się zakochać? Czy jeżeli zrobi to wcześniej, automatycznie oznacza to, że ucieka przed samotnością, a jeśli pozostaje sam przez kilka lat, możemy bez sprawdzania uznać, że wszystko przepracował i już nigdy nie powtórzy dawnych błędów?

Właśnie temu chcę przyjrzeć się dalej, ale tym razem nie przez pryzmat mojego „widzimisię”, komentarzy z internetu ani tego, co komuś wydaje się właściwe, lecz przez pryzmat badań, które pozwalają przynajmniej częściowo oddzielić popularne przekonania od tego, co rzeczywiście udało się zaobserwować.

Chcę więc sprawdzić, co naprawdę mówi o tym psychologia, ale opowiedzieć o niej w taki sposób, żeby badania były wsparciem dla człowieka, a nie kolejną instrukcją mówiącą mu, co dokładnie ma czuć i kiedy wolno mu zacząć żyć od nowa.

Co faktycznie mówi psychologia o „żałobie” po rozstaniu?

Zacznę od odpowiedzi, która może rozczarować osoby lubiące wyznaczać innym dokładne terminy na przeżywanie własnego życia, ponieważ psychologia nie zna jednej, obowiązkowej długości żałoby po rozstaniu. Nie istnieje żaden naukowy kalendarz, w którym po trzech miesiącach pojawia się żółte światło, po sześciu zielone, a po roku człowiek otrzymuje oficjalne pozwolenie na ponowne zakochanie się, jakby uczucia podlegały przeglądowi technicznemu.

Rozstanie może być doświadczeniem straty, dlatego często pojawiają się po nim smutek, tęsknota, złość, lęk, poczucie winy albo obniżenie nastroju. Tracimy przecież nie tylko człowieka, ale czasami również wspólną codzienność, plany, poczucie bezpieczeństwa i określoną wizję przyszłości. Nie oznacza to jednak, że każdy przeżywa tę stratę tak samo, ponieważ nawet podobne wydarzenia trafiają na zupełnie inne historie, osobowości, potrzeby i sposoby radzenia sobie.

Badania nie mierzą jednego magicznego zjawiska o nazwie „przepracowanie związku”. Jedne sprawdzają objawy depresyjne, inne satysfakcję z życia, jeszcze inne smutek, złość, ulgę, sposób radzenia sobie albo funkcjonowanie w następnej relacji. Są to różne elementy tego samego procesu, dlatego mogą zmieniać się w zupełnie innym czasie, a poprawa w jednym obszarze nie oznacza automatycznie, że wszystkie pozostałe emocje również zniknęły.

Można przestać codziennie płakać, ale nadal czasami tęsknić, można mieć wspomnienia związane z byłym partnerem, a jednocześnie akceptować zakończenie związku, a także można stworzyć coś nowego i wartościowego, mimo że poprzednia relacja pozostaje ważną częścią własnej historii. Człowiek nie jest przecież komputerem, z którego po rozstaniu usuwamy folder z imieniem byłego partnera, opróżniamy kosz i od tej pory zachowujemy się tak, jakby nic wcześniej się nie wydarzyło.

Czy każdy po rozstaniu cierpi tak samo?

Odpowiedź nie jest szczególnie zaskakująca, ponieważ ludzie nie cierpią w identyczny sposób, nawet kiedy z zewnątrz przeżywają pozornie podobne wydarzenie. W jednym z badań obejmujących osoby przechodzące rozwód wyróżniono cztery zupełnie różne przebiegi objawów depresyjnych. U 67 procent uczestników ich poziom pozostawał stosunkowo niski i stabilny, u około 10 procent wyraźnie nasilił się po rozwodzie, u 12 procent podwyższone objawy występowały już wcześniej i nadal się utrzymywały, natomiast u pozostałych 11 procent zaczęły z czasem słabnąć [1].

Nie oznacza to, że większość tych osób niczego nie czuła, ponieważ badanie dotyczyło objawów depresyjnych, a nie każdej emocji, która może pojawić się po zakończeniu związku. Pokazuje jednak, że nawet po tak poważnym wydarzeniu jak rozpad wieloletniego małżeństwa ludzie nie podążają jedną, obowiązkową drogą. Dla jednej osoby rozwód może być początkiem kryzysu, podczas gdy dla innej staje się formalnym zakończeniem kryzysu, który trwał od kilku lat [1].

Właśnie dlatego data rozstania widoczna dla ludzi z zewnątrz nie zawsze jest datą, od której należałoby liczyć cały proces emocjonalny człowieka. Obserwatorzy widzą dzień, w którym pojawia się informacja: „Nie jesteśmy już razem”, ale nie widzą wcześniejszych rozmów, prób naprawienia związku, kolejnych rozczarowań ani chwili, w której ktoś po raz pierwszy zrozumiał, że ta relacja prawdopodobnie już się kończy.

W innym badaniu młodych dorosłych okazało się, że reakcja zależała również od tego, jak samo rozstanie było postrzegane. Wyraźny wzrost objawów depresyjnych pojawiał się przede wszystkim u osób oceniających je jako wydarzenie negatywne, natomiast przy rozstaniach uznawanych za neutralne albo pozytywne podobnego wzrostu nie zaobserwowano [2].

Na papierze oba wydarzenia nazywają się rozstaniem, ale psychologicznie mogą oznaczać coś zupełnie innego. Dla jednej osoby będzie to utrata kogoś, z kim nadal chciała budować życie, natomiast dla drugiej może być wyjściem z relacji, która od dawna była źródłem konfliktów, napięcia albo cierpienia. Nie możemy więc zakładać, że obie powinny przeżywać dokładnie te same emocje przez dokładnie taki sam czas, ponieważ sama nazwa wydarzenia nie opowiada całej historii człowieka [2].

Ile trwa dochodzenie do siebie?

Odpowiedź zależy przede wszystkim od tego, co właściwie nazwiemy „dojściem do siebie”. Czy chodzi o moment, w którym człowiek przestaje codziennie płakać, o powrót objawów depresyjnych do wcześniejszego poziomu, o odzyskanie satysfakcji z życia, czy może dopiero o całkowity brak jakichkolwiek uczuć związanych z byłym partnerem? Badania dają różne odpowiedzi, ponieważ każde z nich mierzy trochę inny fragment tej samej, bardzo złożonej historii.

W jednym z badań młodzi dorośli byli obserwowani przed rozstaniem, w miesiącu jego wystąpienia oraz przez kolejne miesiące. Średnio objawy depresyjne wzrastały w czasie zakończenia relacji, a następnie wracały do wcześniejszego poziomu w ciągu około trzech miesięcy [2]. Tylko że trzy miesiące nie są psychologicznym terminem ważności smutku, ponieważ nie sprawdzano, czy po dziewięćdziesięciu dniach uczestnicy przestali tęsknić, usunęli wszystkie zdjęcia, zapomnieli o wcześniejszej relacji i byli gotowi na nową miłość. Mierzono krótko rozumiane objawy depresyjne w konkretnej grupie młodych osób, a to zdecydowanie nie jest tym samym co pełna gotowość do kolejnego związku [2].

W większym badaniu dotyczącym stałych relacji, w których partnerzy nie mieszkali razem, zakończenie związku wiązało się ze spadkiem satysfakcji z życia i pogorszeniem zdrowia psychicznego, ale większość tych zmian miała charakter przejściowy, a w wielu analizach adaptacja była widoczna mniej więcej po roku [3]. W tej konkretnej grupie przebieg różnił się również między kobietami i mężczyznami, ponieważ u mężczyzn satysfakcja z życia pozostawała obniżona dłużej, natomiast u kobiet powrót do wcześniejszego poziomu następował szybciej [3]. Nie oznacza to jednak, że wszyscy mężczyźni zawsze cierpią dłużej, a wszystkie kobiety szybciej idą dalej, tylko pokazuje, jak ostrożnie należy podchodzić do prób zamieniania średnich wyników w instrukcję dla każdego człowieka.

Trzy miesiące i rok nie są więc sprzecznymi odpowiedziami, ponieważ pierwsze badanie analizowało krótkoterminową zmianę objawów depresyjnych wśród bardzo młodych dorosłych, natomiast drugie obejmowało szersze wskaźniki funkcjonowania i dłuższy czas obserwacji [2, 3]. To trochę tak, jakbyśmy po kontuzji sprawdzali osobno ból, siłę mięśni, ruchomość stawu i gotowość do powrotu na boisko. Każdy z tych elementów może wrócić w innym czasie, a odzyskanie jednego nie oznacza automatycznie, że wszystkie pozostałe również są już dokładnie w tym samym miejscu.

Pytanie: „Ile trwa żałoba po rozstaniu?”, brzmi bardzo prosto, ale człowiek rzadko mieści się w prostej odpowiedzi. Możemy podać średnią dotyczącą określonego objawu i konkretnej grupy, lecz nie możemy uczciwie zamienić jej w termin, po którym każda osoba powinna czuć się dobrze albo rozpocząć następny etap życia.

Czy po rozstaniu trzeba być przez jakiś czas samemu?

Żadne z tych badań nie wyznacza obowiązkowego okresu, który człowiek powinien spędzić samotnie przed rozpoczęciem kolejnej relacji. Nie ma tutaj progu trzech miesięcy, pół roku ani dwunastu miesięcy, nie ma również dowodu potwierdzającego popularną zasadę, według której po rozstaniu trzeba odczekać połowę czasu trwania wcześniejszego związku [1, 2, 3, 4, 5, 6].

Możemy oczywiście stosować taką zasadę wobec własnego życia, jeżeli nam pomaga i daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie powinniśmy przedstawiać jej innym jako naukowego prawa. Szczególnie ciekawe są dwa badania dotyczące tak zwanych rebound relationships, czyli relacji rozpoczynanych stosunkowo niedługo po zakończeniu poprzedniego związku [4].

Osoby, które były już w nowych relacjach, deklarowały większą pewność własnej atrakcyjności oraz mniej nierozwiązanych uczuć wobec byłego partnera niż osoby pozostające samotne. Wśród uczestników, którzy znaleźli nowego partnera, krótszy czas pomiędzy związkami wiązał się między innymi z wyższym dobrostanem, większą samooceną i większą pewnością własnej wartości w świecie randek. W części analiz osoby szybciej rozpoczynające nowe relacje deklarowały również większy szacunek wobec nowego partnera [4].

Nie oznacza to, że szybka relacja jest zawsze lepsza ani że najlepszym sposobem poradzenia sobie z rozstaniem jest natychmiastowe znalezienie kolejnej osoby. Badania obejmowały przede wszystkim młodych ludzi i nie pozwalają z całkowitą pewnością ustalić, co było przyczyną, a co skutkiem. Być może nowa relacja wspierała dobre funkcjonowanie, ale równie dobrze osoby, które już wcześniej radziły sobie lepiej, mogły być bardziej otwarte na poznanie kogoś nowego [4].

Wniosek jest więc znacznie skromniejszy, ale jednocześnie bardzo ważny, ponieważ nie ma podstaw, aby uznać relację za gorszą tylko dlatego, że rozpoczęła się stosunkowo szybko. Sam moment jej rozpoczęcia nie mówi jeszcze nic pewnego o intencjach partnerów, jakości ich więzi ani o tym, czy potrafią stworzyć razem coś dojrzałego i wartościowego [4].

Duże badanie obejmujące kilka tysięcy przypadków rozstań również pokazało, że osoby posiadające nowego partnera deklarowały przeciętnie lepszy stan emocjonalny związany z zakończeniem poprzedniej relacji, więcej ulgi oraz mniej złości i smutku [5]. Ponownie jest to zależność, a nie dowód, że nowy partner automatycznie kogokolwiek leczy, ponieważ w życiu człowieka jednocześnie działa wiele innych rzeczy, których nie da się sprowadzić do jednego prostego mechanizmu.

W kolejnym badaniu, dotyczącym stylu przywiązania i sposobów radzenia sobie, samo posiadanie nowej relacji nie było niezależnie związane z poziomem objawów po uwzględnieniu pozostałych czynników [6]. To ważne uzupełnienie wcześniejszych wyników, ponieważ pokazuje, że nowy związek nie jest ani automatyczną chorobą, ani automatycznym lekarstwem, tylko jednym z elementów znacznie większej układanki [5, 6].

Nowa relacja może być ucieczką przed emocjami, może stać się źródłem wsparcia, może wynikać z potrzeby wzbudzenia zazdrości w byłym partnerze, ale może też być po prostu spotkaniem dwóch osób, które naprawdę chcą być razem. Sam czas pomiędzy związkami nie powie nam, która z tych odpowiedzi jest prawdziwa, ponieważ kalendarz nie zna ludzkich intencji i nie potrafi zajrzeć do środka relacji [4, 5, 6].

Człowiek może przez dwa lata pozostawać sam, a przez cały ten czas codziennie sprawdzać życie byłego partnera, analizować każdą jego decyzję, wracać do wspólnych wiadomości i nadal czekać na jego powrót. Ktoś inny może stosunkowo szybko poznać nową osobę, zaakceptować zakończenie wcześniejszego związku i stworzyć coś zdrowego oraz wartościowego. Pytanie o to, która z tych osób naprawdę poszła dalej, nie znajduje odpowiedzi w samej liczbie miesięcy.
Najważniejszy wniosek

Najważniejsze wniosek!

Nie napisałem tego tekstu po to, żeby przekonać kogokolwiek, że szybkie wejście w nową relację zawsze jest dobre, a samotność po rozstaniu nie ma żadnego sensu, ponieważ byłoby to dokładnie takim samym uproszczeniem jak twierdzenie, że każdy człowiek musi obowiązkowo odczekać pół roku, rok albo inną, ustaloną przez kogoś liczbę miesięcy. Chciałem pokazać coś znacznie prostszego, choć najwyraźniej trudniejszego do zaakceptowania, ponieważ nie istnieje jeden scenariusz przeżywania rozstania, który można bez zastanowienia zastosować do każdego człowieka [1–6].

To, jak ktoś przechodzi przez zakończenie relacji, zależy od tego, czym była ona dla niego, w jaki sposób się skończyła, ile emocji zdążył przeżyć jeszcze przed oficjalnym rozstaniem, jakie miał wsparcie oraz co robił z własnym smutkiem, złością i poczuciem straty. Dwie osoby mogą znaleźć się w pozornie podobnej sytuacji, ale przeżywać ją zupełnie inaczej, ponieważ za tą samą datą, tym samym słowem „rozstanie” i podobnym zdjęciem w mediach społecznościowych mogą kryć się zupełnie różne historie.

I właśnie tutaj wracamy do tego, od czego zacząłem, czyli do opinii, która zbyt często przestaje być zwykłym sposobem patrzenia na świat, a zaczyna pełnić funkcję wyroku. Kiedy ktoś pisze: „Już ma kolejną”, widzi chronologię publikacji, ale nie zna chronologii uczuć. Widzi moment, w którym pojawiła się nowa osoba, ale nie wie, kiedy naprawdę skończyła się poprzednia relacja, co działo się w niej wcześniej ani ile kosztowało człowieka dojście do miejsca, w którym znajduje się dzisiaj.

Internet bardzo łatwo zamienia kilka widocznych faktów w kompletną opowieść, chociaż w rzeczywistości pokazuje nam jedynie jej niewielki fragment. Na podstawie paru zdjęć, komentarzy i dat potrafimy zdecydować, kto cierpiał wystarczająco długo, kto zbyt szybko ruszył dalej, kto nie potrafi być sam, a kto najwyraźniej nigdy nikogo naprawdę nie kochał. Wydajemy te oceny z ogromną pewnością, mimo że nie znamy rozmów, decyzji, emocji ani powodów, które doprowadziły drugiego człowieka do konkretnego miejsca.

Nie oznacza to oczywiście, że każda decyzja jest dobra tylko dlatego, że jest czyjaś, ponieważ ludzie popełniają błędy, czasami krzywdzą siebie, a czasami również innych. Każdy powinien ponosić odpowiedzialność za własne wybory, ale odpowiedzialność nie jest tym samym co obowiązek tłumaczenia całego swojego życia każdej osobie, która na podstawie kilku informacji postanowiła wystawić mu ocenę.

Możemy powiedzieć, że sami postąpilibyśmy inaczej, ponieważ wtedy uczciwie mówimy o własnych wartościach, potrzebach i granicach. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy z własnego sposobu życia tworzymy miarę do oceniania wszystkich pozostałych ludzi, a każdą decyzję niezgodną z naszym scenariuszem uznajemy za niedojrzałą, niewłaściwą albo moralnie gorszą.

Być może dojrzałość nie polega więc na tym, że wszyscy wybieramy podobnie, lecz na tym, że potrafimy zaakceptować, iż drugi człowiek może potrzebować czegoś zupełnie innego niż my. Nie musimy rozumieć każdej jego decyzji, żeby powstrzymać się od dopisywania mu intencji, których nigdy nie wyraził, i nie musimy żyć w taki sam sposób, żeby traktować jego historię z odrobiną szacunku.

Chciałem tym tekstem nie tylko odpowiedzieć na komentarze dotyczące mojego życia, ale również przypomnieć, że za każdym profilem, zdjęciem i nagłówkiem znajduje się człowiek, którego rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana niż jedno zdanie napisane pod postem. Być może zanim kolejny raz zdecydujemy, co ktoś powinien czuć, jak długo powinien cierpieć i kiedy wolno mu ponownie być szczęśliwym, warto pamiętać, że widzimy rezultat jego decyzji, ale najczęściej nie znamy drogi, która do niej prowadziła.

Od ponad dwóch tysięcy lat powtarzamy, że ile ludzi, tyle opinii, a mimo to nadal zaskakuje nas, że ktoś może kochać, cierpieć, odchodzić i zaczynać od nowa inaczej niż my. Każdy ma prawo do własnej opinii, ale opinia daje nam przede wszystkim prawo do określenia, jak sami chcemy przeżyć swoje życie, a nie do pisania instrukcji obsługi dla życia drugiego człowieka.

Bibliografia

[1] Malgaroli, M., Galatzer-Levy, I. R., & Bonanno, G. A. (2017). Heterogeneity in trajectories of depression in response to divorce is associated with differential risk for mortality. Clinical Psychological Science, 5(5), 843–850.

[2] Acolin, J., Cadigan, J. M., Fleming, C. B., Rhew, I. C., & Lee, C. M. (2023). Trajectory of depressive symptoms in the context of romantic relationship breakup: Characterizing the “natural course” of response and recovery in young adults. Emerging Adulthood, 11(5), 1211–1222.

[3] Preetz, R. (2022). Dissolution of non-cohabiting relationships and changes in life satisfaction and mental health. Frontiers in Psychology, 13, Article 812831.

[4] Brumbaugh, C. C., & Fraley, R. C. (2015). Too fast, too soon? An empirical investigation into rebound relationships. Journal of Social and Personal Relationships, 32(1), 99–118.

[5] Tran, K., Castiglioni, L., Walper, S., & Lux, U. (2024). Resolving relationship dissolution: What predicts emotional adjustment after breakup? Family Process, 63(3), 1157–1170.

[6] Gehl, K., Brassard, A., Dugal, C., Lefebvre, A.-A., Daigneault, I., Francoeur, A., & Lecomte, T. (2024). Attachment and breakup distress: The mediating role of coping strategies. Emerging Adulthood, 12(1), 41–54.