Facet. Jaki, do cholery, mam być?

O męskości między macho a wrażliwcem, inteligencji emocjonalnej, której musiałem się nauczyć, i o wieczorze, kiedy dwóch dorosłych facetów.

7 MIN CZYTANIA
7 MIN CZYTANIA •

Przez większość życia dostawałem od świata jasny przekaz: masz być twardym skurwysynem. Będąc już dorosłym człowiekiem, coraz częściej jednak słyszałem, że brak mi wrażliwości, czułości i powinienem nauczyć się empatii. Przestałem rozumieć, jak mam te dwie skrajności – macho i wrażliwca – połączyć?

Tysiąc razy zadawałem sobie pytanie: „Co to właściwie znaczy być mężczyzną?”. Podświadomie czułem się kastrowany przez społeczne oczekiwania, że mam być silny, trzymać emocje w ryzach, radzić sobie z życiem. Masz utrzymać rodzinę, zarabiać, a najlepiej robić karierę.

Świat, który mnie ukształtował

Urodziłem się pod koniec lat 80., dorastałem w czasach, kiedy mężczyzna był postrzegany przez pryzmat siły – tej fizycznej i tej psychicznej. „Prawdziwy mężczyzna” ociekał potem, a jego mięśnie miały rozsadzać rękawy koszulki, gdy tylko podnosił rękę. I broń Boże nie mógł płakać! W moim świecie mężczyzna rozwiązywał problemy siłą. Agresja nie była wtedy tak piętnowana jak teraz – była odbierana po prostu jako wrodzona cecha naszej płci. Wszyscy chłopcy, w tym ja, marzyliśmy, by wyglądać jak Arnold Schwarzenegger albo Sylvester Stallone, a treningi karate, judo i boksu miały nam to zapewnić.

Średniowieczny etos rycerski opierał się przecież na poświęceniu dla ojczyzny, rodziny, honoru. Taki rycerz nie był bezmyślnym zabijaką – miał być obrońcą słabszych, ostoją sprawiedliwości i szacunku dla innych, zwłaszcza dla kobiet. Rycerze stawali do walki w obronie swoich dam serca, gotowi stracić głowę od miecza rywala, by je chronić. Był to akt odwagi, wierności, symbol miłości i oddania. Niby nie mamy dziś nic wspólnego z zapomnianymi typami ze starych książek, ale nawet dziewczyny w moim liceum chętniej umawiały się z pewnymi siebie, zadziornymi chłopakami, a „ciepłe kluchy” omijały z daleka.

Będąc dzieckiem z rodziny dysfunkcyjnej, gdzie alkohol był stałym gościem, nie miałem czasu ani przestrzeni, żeby uczyć się wrażliwości. Uczyłem się sztuki przetrwania. Nie przypominam sobie, żebym jako dziecko czy nastolatek zastanawiał się nad tym, jak rozmawiać z ludźmi, jak okazywać im empatię – nie mówiąc już o tym, że nie rozumiałem sam siebie, swoich potrzeb i emocji. Uczyłem się tłumić w sobie wstyd i smutek, by nikt nie zauważył, że cierpię.

Pamiętam jeden raz, kiedy dostałem od ojczyma wpierdol. Zaraz po tym poszedłem do mojej dziewczyny i wtedy po raz pierwszy w życiu popłakałem się przy kobiecie. Nie z bólu fizycznego, lecz z bezsilności. Miałem 16 lat. Wydawało mi się, że jestem już dorosłym mężczyzną, a czułem się upokorzony jak chłystek. Kiedy dotarło do mnie, że poleciały mi łzy, nie wiedziałem, co było gorsze – to, że płaczę, czy to, że robię to przed nią. Nikt mi nigdy nie mówił, że mam prawo czuć się przytłoczony emocjami, bezradny i zraniony.

„Mój mały mężczyzna”

Zauważyliście, że matki mówią czasem o swoich synach: „Mój mały mężczyzna”? To takie niby niewinne i pełne nadziei wyobrażenie, a przecież nie jest bez wpływu na to, co czuje taki dzieciak. Moja mama pracowała na dwa, czasem trzy etaty, by utrzymać dom, podczas gdy jej partner popijał i trwonił pieniądze. Widziałem jej zmęczenie i tęsknotę za kimś, kto by ją wspierał. Wcześnie zrozumiałem, że mężczyzna musi dbać o swoją kobietę, by mogła przy nim czuć się bezpieczna. Wziąłem na siebie ten ciężar – dla dziecka ponad siły – tak, jak umiałem.

W mojej głowie zawsze tkwiła dojmująca myśl: nie stać się taki, jaki był mój ojczym. Pragnąłem być lepszy, bardziej odpowiedzialny, bardziej troskliwy. Ale to były jakieś ogólne wyobrażenia, nie zdawałem sobie sprawy, jak to się ma objawiać w praktyce. Byłem dzieckiem rozwodników, wychowywanym bez ojca. To, co powinno być moim naturalnym wzorcem męskości, zostało mi odebrane. Zacząłem więc szukać tych wzorców w innych miejscach – głównie w sporcie. Najpierw był to sport siłowy, później MMA. Cały czas szukałem, kim powinienem być, i zawsze kończyłem na tym, czego mnie wcześniej nauczyli – na sile fizycznej.

„Nie jesteś kompletny”

Gdy zdecydowałem się na małżeństwo, uważałem się za idealnego mężczyznę – byłem silny, świetnie zbudowany, miałem na koncie sukcesy sportowe, dobrze zarabiałem i nie potrzebowałem niczyjej pomocy. Miałem wrażenie, że odhaczyłem na liście oczekiwań świata wszystkie punkty. A jednak usłyszałem od mojej żony coś, co mnie zszokowało: „Nie jesteś kompletny, brakuje w tobie emocji, nie potrafisz być czuły, powinieneś popracować nad inteligencją emocjonalną”.

Kiedy to usłyszałem, myślałem, że to jakiś żart. Mój światopogląd się zawalił. W końcu w moim wyobrażeniu byłem rycerzem, bohaterem. Tylko że dzisiaj wiem, że ten obraz męskości, który miałem w głowie, był jak z krzywego zwierciadła. W dodatku nie miałem pojęcia, co to jest inteligencja emocjonalna. Musiałem się tego dowiedzieć.

Podzielę się z wami tym cennym odkryciem, ponieważ – od tego czasu już wielokrotnie się o tym przekonałem – rozwinięta inteligencja emocjonalna ułatwia nawiązywanie relacji, pozwala efektywniej zarządzać konfliktami, budować zaufanie oraz utrzymywać harmonię w otoczeniu. Definicję stworzyło w 1990 roku dwóch psychologów: Peter Salovey i John D. Mayer. A jest to po prostu zestaw bardzo konkretnych umiejętności:

  1. umiejętność wczuwania się w uczucia innych (empatia);
  2. świadomość własnych emocji i ich wpływu na otoczenie (samoświadomość);
  3. zdolność do kontrolowania emocji i zarządzania nimi w konstruktywny sposób (samokontrola);
  4. umiejętność aktywnego słuchania i rozumienia punktu widzenia drugiej osoby;
  5. zdolność do podejmowania decyzji w sposób niezależny, opierając się na emocjach i logice;
  6. skuteczne radzenie sobie z gniewem i jego regulacja w trudnych sytuacjach [1].

I tu mam dobrą wiadomość: co prawda niektóre osoby mają naturalną predyspozycję, by startować na olimpiadzie inteligencji emocjonalnej, ale spokojnie można ją wytrenować na tyle, by wziąć udział w mistrzostwach amatorów i zająć dobre miejsce.

Dwa różne światy

Gdy zacząłem świadomie uczyć się zupełnie nowego dla mnie spojrzenia na męskość, zacząłem też lepiej rozumieć kobiety. Uświadomiłem sobie, w jak różnych światach byliśmy wychowywani. Chłopcy są przygotowywani do tego, żeby być wojownikami, panami świata. W bajkach to zawsze książę musiał ratować piękną ukochaną. Ona tylko biernie czekała, aż on przyjedzie na białym rumaku i oswobodzi ją z opresji. Małe dziewczynki dostawały lalki, którymi miały się opiekować. Wpajane im wartości – troska, współpraca, praca emocjonalna, ciepło – były zupełnie inne niż te wpajane chłopcom: walka, dominacja, emocjonalny chłód.

Nagle zacząłem dostrzegać ten dysonans. Jak my, mężczyźni, mamy się porozumieć z kobietami, skoro wychowano nas w tak odmiennych światach wartości? Pewnie dlatego relacje damsko-męskie bywają tak trudne – jakbyśmy byli dwiema partiami politycznymi, z których jedna reprezentuje lewicowe, a druga prawicowe poglądy, i nagle miałyby stworzyć koalicję. Można to zrobić, ale wymaga to ogromnego nakładu pracy, kompromisów i niezliczonych konfliktów po drodze.

Olśniło mnie też, że kobiety wcale niekoniecznie oczekują tych białych rumaków i ratunku, bo są dziś o wiele silniejsze, niż mężczyznom się wydaje. „Nie mazgaj się jak baba” – ile razy ja to słyszałem w dzieciństwie! Słowo „baba” miało wyjątkowo pejoratywny wydźwięk, nie tylko ujmując kobietom, ale też deprecjonując mężczyznę, który nie spełniał oczekiwań patriarchalnego społeczeństwa. Dziś, z perspektywy doświadczeń i wiedzy, wiem, że to absolutne bzdury.

Ich siła nie leży w mięśniach, ale w sercu i umyśle, a ich wrażliwość to nie słabość, lecz wielka zaleta.

Nie będę się wymądrzał na temat kobiet, ponieważ to one mówią we własnym imieniu najlepiej. Na pewno jesteśmy w globalnym procesie zwrotu „męskości” w stronę „kobiecości” i na odwrót. Myślę, że to bardzo dobrze. Może w końcu te dwa osobne światy znajdą część wspólną i zaczną odkrywać, że nie jest im tak daleko do siebie, jak mogłoby się wydawać.

Facet czy mężczyzna?

Słyszałem kiedyś rozmowę z prof. Janem Miodkiem, w której zwrócił uwagę na coraz częstsze zastępowanie słowa „mężczyzna” słowem „facet”. Mówił: „Jak tak dalej pójdzie, to w ankietach nie będzie »k« lub »m«, ale »k« lub »f«. Znikną w Polsce mężczyźni, a będą faceci”. Faktycznie – to jedno z najczęściej używanych dziś przez kobiety określeń mężczyzny. Mówią „mój facet” z takim samym tonem, jak mówią o swoich ulubionych butach czy filmach.

Sprawdziłem etymologię tego słowa. „Facet” pochodzi od łacińskiego facetus, co oznacza dowcipny, wesoły, zabawny. Na pierwszy rzut oka nic złego, prawda? Pogrzebałem głębiej i dowiedziałem się, że w polskiej literaturze XIX wieku „facet” funkcjonował jako określenie kogoś, kogo nie można było traktować do końca poważnie. Taki nadworny błazen, który wprowadza humor, ale z którym nie dzieli się poważnych rozmów o życiu. Współczesnym synonimem mogłoby być określenie Piotruś Pan – dorosły tylko z nazwy, zatrzymany na etapie beztroskiej zabawy, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za siebie i innych.

Siłą rozpędu sprawdziłem też znaczenie słowa „mężczyzna”. Wywodzi się ono od słowa „mąż”, które oznaczało człowieka odważnego, zacnego i dzielnego. Przez wieki funkcjonowało określenie „mąż czynu” – człowiek, który nie tylko mówi, ale przede wszystkim działa. Jest różnica, prawda? Byłoby bardzo miło, gdyby partnerki mówiły o nas „mój mężczyzna” zamiast „mój facet”. I gdyby mężczyznom częściej zależało na tym, by okazać się „mężem czynu”, a nie Piotrusiem Panem.

Ostatnio dowiedziałem się o aplikacji randkowej, która nazywa się „Zaadoptuj faceta”. To oczywiście tylko głupia aplikacja, ale pomyślcie – czy doszliśmy do momentu, w którym kobiety postrzegają nas nie tylko jako facetów, których trudno traktować poważnie, ale także jako biedne istoty, które trzeba „zaadoptować”, jakbyśmy byli bezbronnymi dziećmi? Choć wiem, że nie ma nic złego w tym, że mężczyzna potrzebuje czułości, miłości i wsparcia – bo to naturalne – taka apka pokazuje, jak bardzo upadł nasz wizerunek w oczach części kobiet.

Czego nie mówi się o mężczyznach

Bardzo często dostaję pytania w stylu: „Dlaczego faceci zdradzają?”, „Dlaczego mężczyźni kłamią?”. Czasami pytają tak zranione kobiety i wynika to z ich doświadczeń. Niekiedy jednak da się wyczuć ukryty ton, sugerujący, że wszyscy mężczyźni są winni – tak jakbyśmy byli źródłem wszelkiego zła. Cieszy mnie, że żyję w czasach, w których kobiety w końcu mogą stanąć na własnych nogach. Przez wieki były uciskane, pozbawiane praw, okradane z osiągnięć. Mamy powody do dumy jako ludzie, że powoli zmierzamy ku większej sprawiedliwości i równości.

Muszę jednak przyznać, że czasem mam wrażenie, jakby niektóre kobiety próbowały obarczać współczesnych mężczyzn odpowiedzialnością za to, co spotykało ich przodkinie przez wieki patriarchatu. W takich chwilach wszystko się we mnie buntuje: nie ja decydowałem o tym, że kobiety były przez stulecia zdominowane przez mężczyzn. Nie chcę się czuć tak, jakby ktoś chciał ukarać mnie za przeszłość, na którą nie miałem wpływu. Jeśli chcemy budować relacje oparte na równości i szacunku, to przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka – niezależnie od płci – nie prowadzi do niczego dobrego.

Dwóch mężczyzn, bez masek

Mam przyjaciela, który w tym samym momencie co ja stał u progu rozwodu. Jego sytuacja wydawała się bardziej skomplikowana niż moja – ma dwoje wspaniałych dzieci, które są dla niego całym światem. Znamy się od dzieciństwa. Pewnego wieczoru siedzieliśmy u niego w domu, nie przy piwie, ale przy coli bez cukru, i… poryczeliśmy się. I wiecie co? Myślę, że to było piękne, że dwóch mężczyzn otworzyło się przed sobą.

Mój przyjaciel czuł się winny, że rozbija rodzinę. Nie mógł sobie wybaczyć, że to może wpłynąć na życie dzieci. Jednocześnie wiedział, że dla niego jest to dobre rozwiązanie. Dostrzegłem w nim dorosłego mężczyznę, który chce zadbać o rodzinę, ale zarazem nie zapomina o sobie. A to nie oznacza egoizmu. Pamiętam, co mu wtedy powiedziałem:

„Pokaż córce, że jest ci ciężko, że wcale nie radzisz sobie tak cudownie. A synowi pokaż, że płakać to żaden wstyd. Dasz mu przestrzeń, by mógł dorosnąć, nie bojąc się być sobą”.

Czuć się słabym nie jest niczym złym. Każdy z nas czasem tak ma. Wtedy najbardziej potrzebujemy akceptacji i pozwolenia na to, by przeżyć ból. I właśnie to zrobiliśmy tamtej nocy – dwóch mężczyzn, bez masek, siedziało razem i płakało.

Czuły barbarzyńca

Czego nauczyłem się w najtrudniejszych miesiącach mojego życia? Że męskość polega na umiejętności utrzymania równowagi między przeciwstawnymi cechami – na sile, ale i delikatności, na stanowczości, ale i wrażliwości na potrzeby innych, na zaradności, ale i gotowości przyznania, że z czymś sobie nie radzimy. Nie zamierzam rezygnować z tej części mnie, która daje mi poczucie sprawczości i pewności siebie. Ale mam w sobie zgodę na tę inną, nowo odkrytą część Akopa: wrażliwego romantyka, gościa z radarem na emocje innych, który w razie potrzeby prosi o pomoc bez wstydu, że runie jego wizerunek.

Nie można być czułym i barbarzyńcą w tej samej chwili. Tylko raz jednym, raz drugim. Jak strażak gasił pożar – z pewnością nie płakał. A jak już swoje zrobił, to zajął się miśkiem.Tomasz Kwaśniewski, Jacek Masłowski, „Czasem czuły, czasem barbarzyńca”, Agora 2023

Zrozumiałem, że w relacjach nie chodzi o to, kto jest silniejszy ani kto powinien kogo ratować. Chodzi o partnerstwo – o współdzielenie odpowiedzialności za związek i rodzinę, ale też o akceptację słabości. Dopiero kiedy zaczniemy rozumieć siebie nawzajem bez bagażu wpojonych nam oczekiwań społecznych, będziemy w stanie stworzyć prawdziwe, zdrowe związki.

Jakim mężczyzną staram się być?

„Staram się” – te słowa nie pojawiają się tutaj przypadkowo. Wszyscy popełniamy błędy, wszyscy upadamy, ale to właśnie o próbowanie i niepoddawanie się tutaj chodzi. Nie ma ludzi idealnych. Ukończyłem studia psychologiczne, wiem, jak działa komunikacja międzyludzka i jak powinno się wyrażać emocje, ale to nie oznacza, że zawsze udaje mi się stosować te zasady w praktyce. Kiedyś, gdy coś mnie wyprowadzało z równowagi, nie zawsze potrafiłem zapanować nad sobą. Staram się.

Wielu filozofów podkreślało znaczenie współczucia jako kluczowego elementu męskości. Człowiek, który jest wrażliwy na potrzeby innych, potrafi zrozumieć świat otaczających go ludzi i zyskuje siłę duchową, która nie ma nic wspólnego z przemocą. Jako sportowiec, dla którego sylwetka i forma zawsze były ważne, dziś przyznaję: nieważne, ile kilogramów dźwigniesz ani jak obłędne masz mięśnie. Jeśli chcesz czuć się wartościowym mężczyzną, musisz zbudować w sobie siłę wewnętrzną i umiejętność bycia wsparciem w trudnych chwilach – przede wszystkim dla samego siebie, by potem móc być wsparciem dla innych.


  • [1] D. Goleman, Inteligencja emocjonalna, Media Rodzina, Poznań 1997.
  • [2] N. de Peganov, Mężczyzna. Zwierzę do towarzystwa, Bellona 2009.
  • [3] T. Kwaśniewski, J. Masłowski, Czasem czuły, czasem barbarzyńca, Agora 2023.